Bukittinggi

Jakoś tak ciężko zabrać się do pisania, gdy na zewnątrz praży słoneczko, a w głowie kołacze się myśl, żeby raz jeszcze ruszyć na bazarek z batikowymi ciuchami, potargować się z ulicznymi sprzedawcami (tak, tak Bogusz tym razem mogę iść sama :)).

No, ale, ale…….. może tym razem jakoś szybciutko i pokrótce opiszę Bukittinggi. Dość istotna była sama podróż, którą przebyliśmy w minibusie, wraz z czterema innymi backpakerami – parą z Holandii oraz Niemcami Iną i Janem.

SAM_0991

„Hati-hati” – czyli indonezyjskie ostrzeżenie (uwaga, ostrożnie) widniało niemal na każdym znaku drogowym. Kręte, górskie drogi nie powstrzymały naszych dwóch wspaniałych kierowców, którzy przy dźwiękach indonezyjskich pop hitów na pełnej parze wjeżdżali w zakręty, by zaraz po tym na ręcznym hamować przed nadjeżdżającym na przeciwko samochodem. Aviomarin zadziałał w moim wypadku, nie wszyscy jednak nasi kompani wytrzymywali ciśnienie :).

SAM_1118

Po 14 godzinnej przejażdżce, czekała nas 2 godzinna wędrówka po mieście w poszukiwaniu noclegu. Nie było łatwo, bo większość miejsc była zajęta przez Indonezyjczyków świętujących koniec Ramadanu. Ostatecznie o godzinie 12 zwolniły się pokoje w Hostelu Orchid, uffffff nawet ciepła woda była.

Co do samego miasta, to nie zachwycało za mocno, małe, trochę zaśmiecone. Z naszej perspektywy było to, jednak idealne miejsce na postój, nocleg i odpoczynek przed głównym celem – wyspą Siberut. Oczywiście udało się tu znaleźć parę ciekawostek, jak na przykład fakt, iż zamieszkane jest przez potomków grupy etnicznej Minangkabau, która charakteryzuje się matrylinearnym systemem dziedziczenia, czyli nazwiska rodowe i majątki odziedzicza się po matce i to dziewczynki najbardziej wyczekiwane jako pierworodne. Mają także bardzo piękny styl budownictwa, domy ze spiczastymi dachami.

SAM_1119

Po małym zwiedzaniu, zajadaniu lokalnych przysmaków i niesmaków – jak na przykład ten galaretowaty deser poniżej, wybraliśmy się do miejskiego zoo. Głównie zależało nam na zobaczeniu kilku zwierzaków i panoramy miasta, która z poziomu zoo jest imponująca. Okazało się, że  staliśmy się niemal egzotycznymi małpkami, co chwilę ktoś nas zaczepiał, prosił, żebyśmy pozowali do zdjęcia za całą rodziną, ciocią, wujkiem, babcią. Szybkim krokiem ruszyliśmy do wyjścia.

SAM_1051

 SAM_1106

SAM_1065

Kolejnego dnia wykupiliśmy wraz z Iną i Janem wycieczkę po lokalnych atrakcjach. Przewodnik na początek zawiózł nas do wytwórni cegieł, gdzie cała rodzina ciężko pracuję by zarobić średnio 50 000 rp (mniej niż 20 zł) za 100 cegieł.

SAM_1130

SAM_1144

Z bliska mogliśmy także przyglądać się wyrobowi tapioki, czyli prażynek, które serwowane są niemal ze wszystkimi indonezyjskimi potrawami. Chłopaki zagniatają ciastko, pieką w wielkim piecu, studzą, kroją, a później pakują w wielkie foliowe worki. Taką tapiokę wrzuca się na gorący olej i smaży.

SAM_1185

SAM_1183

SAM_1198

Przewodnik zawiózł nas, również na zaplecze produkcji chrupek/ indonezyjskich chipsów. Około 30 osób, w tym dzieci, siedząc na ziemi, zręcznie kręciło „ósemki” z ciasta, a następnie, pełen kosz wrzucany był do stojącego tuż obok gara z olejem. Trzeba przyznać, całkiem to smaczne.

SAM_1228

SAM_1239

SAM_1249

Ostatnią atrakcją był treking w Harou Valley. Przeskakiwaliśmy przez strumyki, wdrapywaliśmy się na wzgórza by obejrzeć piękne wodospady. Z racji tego, że obecnie panuje tu pora sucha, nie były one zbyt duże, ale i tak było przyjemnie  zanurzyć się pod takim chłodnym prysznicem.

SAM_1388

SAM_1343

SAM_1297

SAM_1407

SAM_1411

SAM_1272

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>